Oto mój własny lek na własny niedobór słów. Jeśli chcesz się skontaktować pisz tutaj.

czwartek, 21 czerwca 2012

Długo

Od razu lojalnie uprzedzam, że post będzie prawdopodobnie długi i nudny. Jestem zmęczona własną prokrastynacją (swoją drogą zastanawiam się, jak lenistwo można nazwać chorobą- bo moja prokrastynacja nawet jeśli wynika z obawy przed własnymi możliwościami i skazywaniem siebie na niepowodzenie, aby nie zawieść się na własnych wyobrażeniach o sobie jest dalej lenistwem, tylko o dobrze poznanych przyczynach) i prawdopodobnie nawet nie przeczytam tego postu pod koniec jego pisania, żeby zedytować go jakieś 50 razy poprawiając literówki, interpunkcji i szyk zdań tak jak przez prawie godzinę męczyłam się dziś z jednym, niezbyt długim mailem, który tak właściwie mogłam napisać byle jak, ale... Nigdy nie piszę maili byle jak, nie używam skrótów typu "pzdr" czy " w zał". Cóż. Nie jestem perfekcjonistką, ale sposób pisania wiele mówi o człowieku. Czasem patrze w lustro i widzę w odbiciu niechluja, co nie znaczy, że jak niechluj chciała bym być odbierana. I dlatego piszę ładna maile, żeby stwarzać pozory ładnego wnętrza. I zewnętrza, ale to mija przy pierwszym spotkaniu jeśli aktualnie jestem w fazie niechlujstwa- a faza ta trwa niestety od dłuższego czasu. Mam czasem taką myśl, że "kiedyś się ogarnę i nie mogę się doczekać kiedy ten moment nadejdzie". Zastanawiam się nawet czasy, nad wyznaczeniem takiej daty- do tego dnia pozwalam sobie być nieogarem, a następnego dnia wstaje rano i zaczynam żyć nowym perfekcyjnym życiem. Takim w stylu wstaje wcześnie rano, idę biegać i ćwiczę poranną jogę w słonecznym parku, wracam (absolutnie nie zmęczona i bez śladu wysiłku na twarzy) do domu na perfekcyjne śniadanie w pachnącej kawą kuchni albo pachnącym kwiatkami czy czymś tam pachnącym ogrodzie. Później biorę prysznic i wskakuje w 12cm szpilki i świat pada do mych stóp i w ogóle wszystko jest jak hollywoodzka produkcja. No. Ale nie jest. Dalej jestem nieogarem, ale ciesze się, że nieco mniejszym niż rok temu. Jak powszechnie wiadomo każda okazja jest dobra, żeby zrobić małe podsumowanie swoich ostatnich występków i poczynić plany na najbliższą przyszłość. No dobra, może nie każda, ale w każdej gazecie w czasie przedwakacyjnym, końcowo rocznym, wczesnowiosennym, późnoletnim i tak dalej piszą o czasie podsumowań. Jak powszechnie wśród ludzi, którzy mieli przyjemność mnie poznać wiadomo nie lubię słońce. Dziś mamy przesilenie letnie, więc dni będą coraz krótsze, słońca powinno być coraz mniej (tak, po tych deszczowych dniach to brzmi bardzo przekonująco) i generalnie powinno wprowadzać mnie to w stan dzikiej euforii. I wprowadza. W jakimś  tam mały stopniu. Ale chodzi o to, że skoro mamy przesilenie letnie I będzie coraz mniej słońca I zaczyna się część roku kiedy dni są coraz krótsze niech będzie to dla mnie dobra okazja do podsumowań ostatniego czasu i spojrzenia w przyszłość.
Przejdźmy najpierw do pozytywów. Mam pracę wakacyjną. Oczywiście musiałam wszystko skomplikować tym, że mam egzamin w tym czasie, ale cóż... Nikt nie jest idealny. Tak więc na początku lipca tuż po moim egzaminie uciekam w dzicz i nie wychylę z niej nosa przez miesiąc. Na początku roku planowałam siedzieć w wakacje w US, ale koszty PRACY po drugiej stronie kałuży trochę mnie rozwaliły. Więcej planów wakacyjnych nie mam, chociaż marzeń do zrealizowania trochę jest- Bieszczady, Toruń (pozdrawiam Gosię), Rumunia, miała być też Ukraina, stop po Europie... Byle nie to miasto, które dusi, nudzi i zabija monotonią. A najbardziej zabija fakt, że jeszcze 4 lata studiowania tu to minimum jakie w nim spędzę. Moja dusza nomada (albo mentalne owsiki, jak kto woli to nazywać) nie może tego przeżyć.
I z pozytywów było by to na tyle. Serio. Nie chce marudzić, wiecie, jestem zdrowa, mam dwie ręce, dwie nogi, jedną głowę, ale jakoś szału radości z tego powodu nie odczuwam, CHOCIAŻ czasem poprawia mi to nastrój.
Z innych rzeczy- po 10 miesiącach bardziej lub mniej (ta część tyczy się szczególnie świąt i wszelkich okazji z ciastami czyli w moim wykonani bywało, że czasem 3 razy w tygodniu) wróciłam do wagi pierwotnej. Ha. Ha. Ha. I kto jest temu winny? Krasnoludek podrzucający czekoladki? Mama marudząca "upiecz coś"? Babcia i jej obiadki? Nie. Winna jestem ja i obwiniam też w jakimś stopniu moją miłość do jedzenia. I szukam, szukam w mojej głowie intensywnie jakiegoś dobrego usprawiedliwienia, ale nie znajduje. Ok, miałam ciężki czas- bo studia, bo pogrzeby, bo mamusia niezadowolona, bo choroby, ALE tak na serio to nie ma żadnego związku z faktem, że usiłuje się odstresować robiąc jedzenie i jedząc jedzenie (masło maślane i powtórzenie, wiem). Nosz, nie da się żyć i się nie stresować. Wiem, ruch jest dobry na stres. To się ruszam. Ale robienie ciasta, pieczenie chleba... Słuchanie pękającej skórki, delektowanie się zapachem ciasta drożdżowego rozchodzącego się po całym domu, patrzenie jak rosną muffinki, prowadzenie wartkich dyskusji z zakwasem... Eee... Z tym ostatnim to przesadziłam. Dobra, bo odchodzę od tematu. Mam w jakimś stopniu problem z tym, że a. chce schudnąć b. nie mogę schudnąć, bo lubię jeść c. i robić jedzenie. W internecie w środowisku które radośnie podczytuje wszyscy mają ED- i pisząc to mają na myśli głównie anoreksje, co skłoniło mnie do przemyśleń czy nie mam też jakiś zaburzeń odżywiania. Ale chyba nie do końca kwalifikuje się do bulimii ani kompulsywnego jedzenia, więc pewnie nie. Generalnie wyjadę do pracy i jednocześnie będę mogła robić jedzenie i zupełnie się od tego co stanowi w jakimś stopniu problem odsunąć. I może schudnę. Jednak. I żeby nie było- nie jestem przesadnie skupiona na swoim wyglądzie. Po prostu mam w tym momencie nadwagę, a dla mnie nadwaga=choroba, a choroby trzeba leczyć, tępić! A nie karmić czekoladkami i popcornem.
Druga rzecz to studia. No weźcie... Dokładnie dwa lata temu byłam człowiekiem, który przegrał przyszłość, przeżywał załamanie, bla, bla, bla. Nawet pamiętam, że dokładnie w przesilenie letnie radośnie upiłam się dwoma piwami i znajomi szukali mnie po Starym Rynku. Nie pytajcie jak to zrobiłam i jak to się stało, bo sama tego nie wiem. Rok temu... Kurcze, 10 minut temu jeszcze pamiętałam co robiłam rok temu w Noc Kupały, ale już nie pamiętam. Ale studiowałam sobie mniej lub bardziej radośnie, dni upływały mi między pubem, domem i uczelnią (w kolejności malejącej jeśli chodzi o ilość spędzanego czasu). No dobra, weekendy spędzałam w domu. Wracałam w piątek z piwa, zakopywałam się w łóżku z laptopem i jak dobrze poszło to w niedziele zdarzało mi się czasem z niego wygrzebać. Dopiero w maju mój świat został zrewolucjonizowany przez wyjścia do parku co by poleżeć z książkami, oj przepraszam, pouczyć się przed operą. Ale serio, gdyby nie to pewnie nie zaliczyła bym tam niczego. A teraz? Jestem na takichtrudnychstudiach i jeszcze mnie z nich nie wywalili- ba, nie zanosi się nawet, żeby ktokolwiek miał to zrobić, bo się staram. ALE staram się za mało, czego dowodem jest fakt, że piszę tego posta zamiast uczyć się na egzamin, który jest w PONIEDZIAŁEK a ja jeszcze nic nie umiem. Prawie nic. I co z tego, że miałam taki egzamin rok temu? I że chodziłam na wykłady? Prawda jest taka, że jeśli się nie nauczę to nic mi to nie da. Nic, a nic. I moje życzeniowe myślenie nie zmieni rzeczywistości... Powinnam z radością, lekkością, przyjemnością i jeszcze inną ością zagłębiać tajniki mego przyszłego zawodu, ale cóż ja na to poradzę, że mi się tym razem nie chce? O ile niektóre przedmioty wydają mi się interesujące to eee... Cóż. Nie do wszystkiego jestem przekonana. A swoją drogą znów odeszłam od tematu, zapętliłam się we własnych rozważaniach i tak dalej...
Przechodząc do ostatniej rzeczy- moje relacje z innymi ludźmi. Pomyślmy. Jeśli za osiągnięcie uznałam fakt, że ostatnio podeszłam w tramwaju do kolegi, z którym rok temu widywałam się codziennie i przywitałam się z nim to eee... Chyba stałam się totalnym odludkiem, alienem, no-lifem i jak to jeszcze się teraz zwie. W jakimś stopniu dziką radością napawa mnie fakt, że siedzę teraz sama w całym pustym domu, co nie zdarzyło się od... Nie wiem kiedy, bo w sumie osoby przebywające na innych piętrach nie robią mi żadnej różnicy. Puste mieszkanie mam często, ale dom? Jako iż miałam podły humor nie chciałam też przez ostatnie tygodnie spotykać się z co fajniejszymi znajomymi, bo cóż... Z kim się nie spotkałam to się kłóciłam i nie ma się co czarować- z mojej winy. A teraz mam egzaminy, pomiędzy wyjazdem do pracy, a egzaminem będę mieć... 4 godziny przerwy jak dobrze pójdzie, więc nie sprzyja to pogłębianiu relacji międzyludzkich. A później przyjdzie sierpień i trochę głupio będzie na początku rozmawiać "o, nie widzieliśmy się trzy miesiące, o całe Twoje życie wygląda zupełnie inaczej, o ale... dziwnie", no ale cóż. Tak to bywa jak jest się mną.
I tak oto wylałam część moich myśli dnia dzisiejszego, kiedy byłam gdzieś pomiędzy letnimi odchłaniami smutku i godnymi dzisiejszej pogody euforycznymi yyy... Wzgórzami? Nie wiem co mgło by pasować. Gdzieś pomiędzy lodami w polewie czekoladowej, a czerwoną fasolą z piekarnika. Czy coś. Będę pełna podziwu, jeśli znajdzie się śmiałek czy ochotnik, który podejmie się bohaterskiego czynu przeczytania tych wypocin bo szczerze- nawet pod koniec pisania mi się tego nie chce robić, a kliknięcie przycisku "opublikuj" może zburzyć mój cały internetowy wizerunek i być źródłem większości informacji o mojej osobie jakie można wywnioskować z tego bloga. Nie, żebym budowała w sumie jakiś mój konkretny wizerunek, ale wiadomo o co chodzi.
Jest 23:32. Zaraz się przebiorę, pójdę pobiegać, a jeśli po drodze nikt mnie nie napadnie to wrócę do domu (o ile pustego domu też nikt nie okradnie z moich notatek czy coś) i zacznę naukę do egzaminu. I będę się uczyć do momentu, kiedy nie będę mieć sił. A później się obudzę i dalej będę się uczyć.
xoxo