Zjadłam przepyszną owsiankę z prażonym jabłkiem i serkiem homo. Wypiłam dużą kawę w czerwonym kubku. Myślałam, że w czasie mojego planu będę odczuwała ciężar rewolucji (związanej tylko i wyłącznie z własnym życiem, ale co tam) na barkach, a jest przerażająco normalnie. Jedzenie smakuje jak miesiąc temu, powietrze też niczym się nie różni... No, może jest trochę zimniej ze względu na temperatury na dworze.
Wczoraj pierwszy raz od dawna nie poszłam biegać w środę wieczorem- zawsze po półtoragodzinnych zajęciach z tańca nie byłam zmęczona, traktowałam je raczej jako rozgrzewkę. Jednak kiedy okazało się, że na zajęciach mamy myśleć (a nawet coś WYMYŚLIĆ) wracałam do domu taaaka zmęczona... A może to po prostu brak rozgrzewki? I trochę więcej entuzjazmu?
Nie wstaje jeszcze rano. Przykro mi. Nie uczę się jeszcze aż tyle, ile powinnam. I z tego powodu jest mi jeszcze bardziej przykro. Zjadłam trochę czekolady. I też entuzjazmem mnie to nie napawa (ale jak się oprzeć przywiezionej zza południowej granicy Studenckiej?), ale mieszczę się w limicie kalorii. Nie złożyłam jeszcze ani jednego CV, a już odmówiono mi pracy w dwóch aptekach. Mam to o czym marzyłam chyba od 10 roku życia i DALEJ nie umiem dać z siebie wszystkiego. Płaczę przy radosnych filmach, oglądam ludzi ćwiczących jogę, chociaż mi samej zbyt zimno na zwykłe bieganie. Jem zdrowo, załatwiam zaległe sprawy, i myślę sobie...
Enjoy your life.
A teraz czas na powrót do nauki.