Ostatni tydzień miną mi na zaprzyjaźnianiu się z warzywami, uczelnianą biblioteką i dużą ilością porannej kawy.
Jedzenie... Postawiłam na dietę South Beach/plaż południowych- piękna nazwa w języku polskim, ale to nie ona oczywiście mnie skusiła. Dla niewtajemniczonych dieta opiera się głównie na nauczeniu prawidłowych nawyków żywieniowych (czyli coś z czym zmagam się od jakiegoś czasu) i pohamowaniu "ataków apetytu", co w praktyce oznacza, że aktualnie wyeliminowałam produkty o wysokim indeksie glikemicznym- czyli prawie* wszystkie produkty zbożowe, oczywiście wszelkiej maści słodycze i niestety owoce. Co mi zostało? Warzywa, nabiał, jajka, oleje i nasiona. Wbrew pozorom żyje na tym od tygodnia i mam zamiar przeżyć jeszcze tydzień włączając stopniowo inne zdrowe rzeczy do codziennej diety. Całość oczywiście komponuje się idealnie z moim miesiącem czystości. Brakuje mi co prawda trochę porannych owsianek i koktajli z bananami, ale w sumie poza tym jest całkiem smacznie. I efektywnie.
Uczelniana biblioteka jest całkiem niezłym miejscem do spędzenia długich godzin nad książkami. Miejsce przyjemne, przestrzenne... Ale niestety o niektórych porach dnia tak głośne, że skupienie się wymaga wiele wysiłku. Na szczęście przynajmniej w weekendy można liczyć na względną ciszę i spokój... O słynnych, kremowych kanapach, które znajdują się na każdym piętrze owego przybytku słyszałam już dawno temu- teraz okazuje się, że faktycznie są tak wygodne jak głoszą plotki.
A poranna kawa? Słońce, którego ostatnio coraz więcej powoduje u mnie niesamowitą senność. Kawa (mimo iż zabroniona na owej diecie plaż południowych) stawia mnie na nogi i sprawia, że jestem w stanie względnie przytomnie udać się rano na uczelnie czy też w sobotę rano jechać do biblioteki. Czasem porannym pobudzaczem jest mate, ale jednak smak nie ten...
*jak napisałam wcześniej- zamieniłam część kaw na zbożówkę