Będzie krótko, zwięźle i na temat. Kto nie wie o co chodzi- tutaj i tu można poczytać o szczegółach.
Po pierwsze- wstaje rano. Nie wstaję zawsze przed 7.30, ale też nie wstaje po 10. Teraz budzi mnie śpiew ptaków, które zadomowiły się na drzewie pod moim oknem, co sprawia, że zdarza mi się czasem wstać z łóżka przed 6 rano, czasem o 8... W każdym razie mój dzień zaczyna się wcześniej, ale daje sobie czasem trochę luzu.
Po drugie- ruch przez 30 minut co dwa dni? Pff... Teraz to mało. Biegam przynajmniej dwa razy w tygodniu (a czasem i cztery), a do tego dochodzą wszelkie ćwiczenia w domu, siłownia, zajęcia sportowe na uczelni... Ruch uzależnia! A poranne bieganie czy nawet kwadrans ćwiczeń tuż po wstaniu z łóżka budzą lepiej niż kawa...
Po trzecie- systematyczność w uczeniu się nie jest moją mocną stroną. W pewnym momencie byłam tak zmęczona, że nie potrafiłam skupić się na tym czego się uczę i po prostu wszystko przestało mi wychodzić- na szczęście udało mi się wyluzować i naładować energią... Robiąc sobie kilka dni wolnego. Wróciłam z pokładami siły i motywacji, które staram się dawkować, żeby wystarczyły mi jeszcze na jakiś czas. ;) Jeśli chodzi o ten punkt mojego planu trudno mówić o sukcesie czy porażce- chyba po prostu nie znalazłam jeszcze dobrego sposobu by rozwijanie się dawało mi większą satysfakcję.
I ostatnia część- dieta... Tak na prawdę nie schudłam. Sumarycznie mam wagę minimalnie mniejszą niż trzy miesiące temu, ALE moja wiedza o odżywianiu jest dużo większa. Niestety nie udało mi się unikać kupnego pieczywa (pieczenie niesamowicie aromatycznych bochenków chleba co 2 dni nie sprzyja zmniejszeniu apetytu) i dalej jestem uzależniona od masła orzechowego ;). Odkryłam, że mój organizm wcale nie lubi aż tyle nabiału ile zjadałam przez ostatni rok i że nawet najrozsądniej wyglądająca dieta wcale nie jest dobra, skoro każdy większy deficyt kaloryczny pozbawia nas mnóstwa energii. I że jedzenie głównie świeżych warzyw w marcu może nie być najlepszym pomysłem, skoro cóż... To nie jest w naturze czas na świeże warzywa. ;)
Jeśli chodzi o załatwianie wszelkich zaległych spraw odkładanych "na kiedyś"... Kilka spraw dalej jest odłożonych, ale zdecydowaną większość udało mi się zrealizować! Nie mam tu powodów do dumy, bo tak na prawdę czasem wystarczało kilka godzin, żeby zrealizować coś, co przekładałam MIESIĄCAMI. Sama się czasem dziwię, jak proste do realizacji zadania można przeciągać w nieskończoność.
Podsumowując? Moje postanowienia miały doprowadzić do tego, żebym była szczupłą, zdrową, aktywną, zadbaną, mądrą i mającą dużo czasu na realizację swoich planów młodą kobietą. Prawda jest taka, że nie udało mi się tego zrealizować, ale wiem, że jestem na dobrej drodze i patrząc na to jak zweryfikowałam swoje poglądy na wiele spraw, jak wyglądał mój dzień czy jadłospis 3 miesiące temu i tak jestem z siebie dumna.
A Ty? Jak zmieniło się Twoje życie przez ostatnie 90 dni?